Ciekawa historya zaprawdę. Pojechaliśmy do Rzymu. Nie byłem w nim nigdy, miarkujesz z jakiem gorączkowem zajęciem tam się znalazłem — chociaż — stary Rzym popsuto. Włosi dla polityki poświęcili co mieli najdroższego.
Roza wśród tych ruin — wyżyć nie mogła. Pamiątki dla nas tak drogie, dla niej nie miały żadnego znaczenia i wartości. Płakała mi i niecierpliwiła się tak, że ją do Neapolu wywieść musiałem.
Piękność tego miasta, okolicy, tej lazurowej czaszy u stóp ognistej góry, była dla niej rzeczą zakrytą — nie zrozumiała. Nie mogliśmy obejrzeć Pompei, bo ją te popioły i ruiny wstrętem napełniały i strachem. Powiozłem ją do Sorrento.
Już w ciągu drogi — od Wenecyi począwszy, im bardziej siliłem się ją wtajemniczać w ten świat przeszłości, w cuda sztuki — postrzegłem takie zniecierpliwienie i zniechęcenie, żem czasem przez litość musiał folgować. Od Florencyi okazywała niemal wstręt i niechęć ku mnie. Zamykała się, posądzałem ją o jakąś tajemniczą korespondencyę — alem sobie sam tłumaczył to przewidzeniem. Zresztą choćby od matki listy odbierała i pisywała do niej, nie widziałem w tem nic złego. Nie chciałem być tyranem i szpiegować ją.
W Neapolu życie się poczęło nieznośne, nic ją nie bawiło, płakała, zamykała się — dziwaczyła. W Sorrento, gdyśmy stanęli w hotelu, nie chciała mi towarzyszyć nigdzie, nic widzieć, żadnej ze mną zrobić wycieczki. Sądziłem że gdy ją zostawię samą, zły ten humor przejdzie. Pojechałem więc na cały jeden dzień na Capri.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/147
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.