Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

już w zieleni i kwiatach. Na trawnikach dobywały się główki niezliczonych dzieci wiosny — dnie zaczynały być gorące — trzeba było myśleć o powrocie. Na kominie palić już nie chciano, pod pozorem że we dnie było ciepło, choć w mieszkaniach wilgotny jakiś chłód przejmował.
Anglicy wychodzili już nie inaczej na ulicę, jak w kapeluszach słomkowych. Starannie w białe zasłonki upowitych, obawiając się coup de soleil, ― które już nie były bezprzykładne.
Zaczynałem się pakować i obliczać z dniami — gdy dnia jednego bardzo rano zastukano do mnie, zadzwoniono gwałtownie i stary dentysta francuz, gospodarz mój — otworzył drzwi komuś wpadającemu bez ceremonii, dopominającemu się natarczywie widzenia ze mną.
Po głosie poznałem Klaudego i wyskoczyłem z łóżka.
Blady i chwiejący się na nogach, szedł ku mnie i na wesołe pozdrowienie, odpowiedział tylko błyskiem oczów.
Padł na krzesło, spierając się na ręku, wysilony i zmęczony.
— Co to ci jest? — czyś niezdrów? spytałem go.
Nie odpowiadał długo. Zerwał się potem z krzesła.
— Sen mój skończył się — nawet nie tragicznie — ale — śmiesznie! zawołał. Opłaciłem drogo, bo życiem może za portret Angeliego.
— Na Boga! cóż się stało?
— Słuchaj — rzekł padając znowu na krzesło.