Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

w takiej pełni rozkwitu młodocianego, że można jej było dać... śmiało lat mniej niż dwadzieścia, chociaż ich miała z pewnością daleko więcej.
Ożywioną była, oczy jej biegały, do przyniesionego obiadu rzuciła się niemal z zapałem. Śmiała się ciągle, było jej nawet z tem ładnie, ale w śmiechu tym zdradzała się biedna — ulicznica.
Klandy zestarzały bardziej jeszcze, był widocznie zmęczonym i rozdrażnionym. Niezręcznie począł mówić o piękności Włoch, o dziełach sztuki, o uroku tej ziemi, na której odegrała się znaczniejsza część dramatu ludzkiej cywilizacyi. Roza wtrącała czasem słowo — ale każde z nich było jakby kamykiem w szybę rzuconym. Pomimo korektur mężowskich — zdradziła się z takiemi poglądami na te cudne Włochy — żeśmy oba oczy spuszczać musieli.
Znajdowała tu wszystko śmiesznem, niewygodnem, cudackiem. Tęskniła do Berlina.
Galerye — wydawały się jej nagromadzeniem jakichś mazanin szkaradnych.
— Co tam jest pięknego? ja doprawdy nierozumiem — mówiła poruszając ślicznemi białemi ramionami.
Daleko piękniejsze rzeczy widywałam w oknach u Lepkego. Ja tego zrozumieć niemogę, a mniej jeszcze że mąż mój się tak nad tem unosi... a te nagie posągi!
Że sztnka była jej obcą — nie można się dziwić temu — lecz piękności kraju nie czuła również. Góry i skały przestraszały ją, obawiała się morza i nierozumiała głosu jego.