Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Tak — szepnąłem, ale jeśli owego cudownego — Sezam, nie znajdziesz?
Klaudy zachmurzył się i nagle rozmowę odwrócił. W ciągu obiadu, który jedliśmy razem, mówiliśmy o sztuce, o literaturze, o sprawach publicznych, o plotkach brukowych dla mnie obcych, a Klaudemu — niestety — pobytem tu wtajemniczonemu — dobrze wiadomych — o pięknej Rózi ani słowa.
Nazajutrz jeszcze przeszedłszy się po budzie na Canzianplacu — wróciłem do mojego schronienia.
I znowu przez rok cały nie widziałem i nie słyszałem o nim; a właśnie to, żem nie słyszał nic, uspokajało mnie, iż nie musiał popełnić największej — niedorzeczności, której się lękałem dla niego — tak, że myśleć o niej nie mogłem.
Zimę następną musiałem spędzić we Włoszech, w tem przekonaniu, iż powietrze i słońce południa w istocie mogą leczyć i siły przywrócić.
Niewiem, czy kto zdrowszy z Włoch powrócił, lecz niewątpliwie tam lżej jest umierać. Chory może przeciągnie dłużej kilka miesięcy, a w ciągu ich patrzeć będzie na śliczny lazur niebios i morza, i oddychać wonią gardenii i rozkwitłych pomarańcz, to coś warto. Szum fali dobrze do wiecznego snu kołysze.
Zima we Florencyi w tym roku była aż do marca dosyć znośną. Czasami na Lung‘Arno gorąco było do nie wytrzymania, a pod arkadami Uffiziów drżeć trzeba było od zimna. Schroniwszy się od promieni słonecznych, w ciasnych uliczkach bocznych, marzło się jak u nas... w domu.