Przesiedziałem kilka tygodni, jak wiesz — i końcu zmusiłem się, po niemałej walce do odwrotu. Chcę się wyleczyć.
Na tem skończyła się nasza z Klaudym rozmowa, byłem pewny, że przyszedłszy do rozumu, powrócił do domu, i o portrecie zapomniał.
Rok cały upłynął. Wystawa jesienna w Berlinie ściągnęła mnie tam z kilkoma obrazami Knausa, Menzla i Defreggera. Klaudy zupełnie mi wyszedł z pamięci, gdy pod Lipami obiadując, spostrzegłem go wpadającego do restauracyi tak zestarzałego, zmizerowanego, wychudłego, żem z trudnością po głosie go dopiero poznał.
— Znowu więc jesteś w Berlinie! — zawołałem.
Zarumienił się mocno i potarł znacznie wyłysiałą głowę.
— A! tak! znowu! znowu, — rzekł tylko. — Nic nie wiesz?
— O czem?
— O mnie? — Dałem znać mu ruchem, że jestem w nieświadomości zupełnej.
— Nie słyszałeś więc, że — Goldfisz umarł z apokleksyi.
Zatrzymał się trochę — i ciągnął dalej z wysiłkiem.
— Odebrawszy wiadomość o tem, sam nie wiem jak i po co przyleciałem do Berlina. Przyznaję się, zrobiłem głupstwo wielkie. Nie chcę cię nudzić opowiadaniem zbyt długiem, znalazłem mój portret w ża-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/138
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.