Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Jednakże potrafiłem się wcisnąć i zbliżyć.
Wystaw sobie zdziwienie moje, gdy się dla mnie po raz pierwszy te usteczka otworzyły i z nich wyleciał głosik — świeży i młody — ale ostry i bez wdzięku, a na jego skrzydłach coś tak bezmyślnego i oklepanego...
Sądziłem — że dłuższa rozmowa zatrze to pierwsze wrażenie! niestety, potwierdziła je tylko.
Cofnąłem się, dotknięty do żywego.
Ale, cóż powiesz — zdala na nią patrząc, oczarowany byłem na nowo.
Milcząc była zawsze aniołem.
Szalone moje zajęcie się tą twarzyczką ,nie tylko nie zostało uleczone, ale zmieniło się w najstraszniejszą męczarnię. Były momenta wstrętu i nienawiści — a potem szału i uwielbienia.
Oddaliwszy się — odzyskiwałem ideał, zbliżając się do niego, traciłem go.
Sam pan Goldfisz, próżny bardzo — poprzyjaźnił się ze mną może dla tego tylko, aby w salonie swym mógł głośno wspominać i wywoływać — Herr Baron. Pochlebiała mu poufałość ze mną. Nie jest to zresztą zły człowiek i wiele może lepszy od innej współbraci. Ma poruszenia szlachetne.
Sama pani również była dla mnie uprzejmą i grzeczną — po swojemu.
Niepodobieństwem jest, żeby nie postrzegła i niedomyśliła się we mnie wielbiciela ― czasem nawet spotykałem wzrok dla mnie sympatyczny, jakby komizeracyę nad głupstwem mojem.