— Ah — odezwałem się śmiejąc — cieszę się bo widzę żeś przecie zupełnie uleczony i rozczarowany.
Klaudy stanął i popatrzył na mnie.
— Nic a nic — zawołał. Wszystko to widzę, czuję, mówię sobie — a ta twarzyczka Sfinxa pociąga mnie ku sobie siłą, której się oprzeć nie mogę. Zdaje mi się zawsze, że jakiemś słowem wielkiem — Sezam! — można by to zamkniętą otworzyć duszę.
Rzucił się na krzesło Klaudy i — jak gdyby raz począwszy mówić o tem, potrzebował się wywnętrzyć ― ciągnął, oczy spuściwszy na ziemię.
— Przyznaję ci się, że jadąc do Berlina, choć sam sobie pragnąłem tę podróż wytłómaczyć inaczej — ciągnąłem tam tylko w nadziei spotkania oryginału tego portretu.
Szczęście, czy nieszczęście chciało, ażebym zaraz w parę dni, w jednej z najlepszych restauracyi Berlina — zobaczył ją wchodzącą wraz z mężem i kilkoma panami, na których fizyonomiach giełdowe piętno było wyraziście wyciśnięte. Mogłem się łatwo dowiedzieć od kelnera, że piękna pani zwała się Różą Goldfisz... Usłużny chłopak dodał, że była wprzód.. panną w magazynie, i świetny ją los spotkał, gdyż małżonek uchodził za milionera, choć ludzie pamiętali, gdy dziurawe miał buty.
Nie zraziło mnie to od szukania znajomości, chociaż dosyć trudnej, bo świat ten giełdowy — jeżeli się otwiera to tylko dla wszelkich znakomitości, a ja z nich daną nie jestem.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/136
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.