— Blondynka d’Angelego, rozśmiałem się, zawiodła więc nadzieje wasze?
Klaudy stał smutny.
— Ten niegodziwy portrecista — rzekł, pochwycił jeden moment, jeden błysk tej twarzyczki, jedno mgnienie tej istoty, która nie umie i nie może być tak idealną, tylko — na chwilkę króciuchną.
— Bywa jednak?
— Tak — są w życiu jej błyski — odparł smutnie Klaudy — lecz w powszednich godzinach.
Tu się zawahał nieco Klaudy.
— W powszednich godzinach jest to istota tak — pospolita i trywjalna... tak...
Niedokończył.
— Jestem niesprawiedliwy — dodał wzburzony namiętnie. Cóż ona winna temu, że los się jej niedał rozwinąć i stać tem, czem być mogła?
— Chciałem się właśnie spytać — kto to jest?
Uspokojony nieco usiadł Klaudy.
— Długa to historya, a jednak dla mojego usprawiedliwienia opowiedzieć ją muszę. Nie nowa ona jest i powtarza się codzień, bo ludzka twarz kłamie i piękność ludzka, jest firmą zwodniczą.
Kto ona jest? mówił dalej — na przód należy powiedzieć kto była? Otóż ta anielska piękność wyrosła na berlińskim bruku jako bosonoga córeczka jakiejś pijaczki przekupki. Możesz więc miarkować pierwsze wrażenia, i jakie być mogło wychowanie.
Nauka jest przymusową, musiała więc nauczyć się w szkółce czytać i pisać. Potem piękność jej wyrobiła