dynce ukazującego się na chwilę, i dostrzegłem, że go tam powitano dosyć zimno. Wychodząc z teatru, w tłoku widziałem go raz jeszcze, przemykającego się przy tej samej pani, dla której starał się w ciżbie miejsce zrobić. Łysy i nabrzękły jegomość tryumfalnie ją wiódł pod rękę. Otulona białym szalem, miała znowu idealną fizyonomię swojego portretu.
Krótko bawiąc w Berlinie, bo do tego miasta trudno się przyzwyczaić i w nim się czuć swobodnym — powróciłem do domu zapomniawszy o moim znajomym, którego mi serdecznie żal było — bom przeczuwał, że się wplątał w sprawę — nieczystą i nieprzyjemną. Młodość i niedoświadczenie do pewnego stopnia to tłumaczyły.
Kilka tygodni upłynęło od bytności mojej nad Sprewą, gdy jednego dnia Klaudy odwiedził mnie z rana.
— Cieszę się, że was widzę z powrotem — rzekłem, jedziesz zapewne do domu, i zapomnisz o tym portrecie d’Angelego.
— Nigdy w życiu! gorąco odparł Klaudy — chociaż powinien bym to uczynić.
Począł się przechadzać żywo po pokoju, nasępiwszy.
— Naprawdę, zawołał, i poeci co nam życie malują inaczej niż ono jest, a budzą w nas pragnienia, które się nigdy urzeczywistnić niemogą, i artyści co z prostych śmiertelniczek tworzą anioły, aby nas w rozpacz wprawili — że ich na świecie niema — powinniby być pociągnieni do surowej odpowiedzialności. Jest to po prostu oszukaństwo.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/133
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.