te pierścienie, które w Niemczech wyrobnicy nawet kładną na niedzielę. Szeroka pierś jego okryta śnieżną haftowaną szemizetką, błyszczała też dwoma brylantowemi guzami.
Twarz z nosem kartoflowatym, pospolita, rozlana, nie mówiła nic. Blondynka była ustrojona niesmacznie, a równie jaskrawo jak jej towarzysz. Bransolety, brosze, kolje, we włosach coś, u pasa coś świeciło. Była piękną jeszcze, ale już nie tym ideałem wiedeńskim, który bez skrzydeł zdawał się ulatywać w powietrzu.
Klaudy, gdym mu lożę pokazał — zarumienił się mocno.
— Tak — rzekł — niewątpliwie jest to prototyp... ale...
Musieliśmy wyjść na korytarz dla dalszej rozmowy.
— A więc wielka tajemnica odkryta? — odezwałem śmiejąc się.
Żartobliwy ton, jaki przybrałem, zdawał się przykre czynić wrażenie na Klaudym. Westchnął.
— Niestety! — rzekł usta krzywiąc — bardzo to smutna historya. Muszka, która się zielonym liściem żywi staje się zieloną, stworzenia karmiące się ciągle jakąś wonią, przejmują ją. Tak samo jest z człowiekiem. Oddziaływa na niego to co otacza. Potrzeba nadzwyczajnej siły wewnętrznej, ażeby się oprzeć temu — a kobieta jest — bądź co bądź, istotą z natury bierną.
— Ale któż to jest ta pani? — zapytałem. Klaudy, unikając odpowiedzi powtórzył mi.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/131
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.