Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Przepraszam — rzekł pospiesznie — zobaczemy się. Stoisz pan, jak zwykle u Meinhardt’a? nieprawdaż?...
I zniknął...
Tak długi pobyt w bardzo nudnej stolicy nad Spreją — był dla mnie zagadkowym. Mimo woli na myśl mi przyszła owa blondynka z portretu d’Angeli.
Wieczorem w jednym z mniejszych teatrów ciekawe przedstawienie, złożone ze sztuk różnych epok, od Hans Sachsa poczynając — zwabiło mnie, szczególniej „Próbą żelaza“ graną ze wszelkiemi formami średniowiecznemi.
Między aktami rozglądając się po lożach obsadzonych dosyć skromnie wyglądającą publiką — nagle uderzony zostałem postacią, która mi ten nieszczęsny portret d’Angelego przypomniała. Był to, bez żadnej wątpliwości, oryginał arcydzieła — lecz czy światło nie sprzyjało, czy chwila życia inną stroną się piękności uwydatniała — wydała mi się ona prozaiczniejszą jakąś — inną, a strój dosyć niesmaczny odejmował jej wiele wdzięków.
Miała się rozpocząć druga komedyjka z XVII w. z Hans-Wurstem, gdy drzwi loży się otworzyły — i wszedł Klaudy...
Wystrojony był ale blady i smutny — w ruchach miał coś gorączkowego...
Nie mogłem się wstrzymać, by mu prawie na wstępie nie wskazać loży z blondynką. Obok niej, zdający się do jej towarzystwa należeć, siedział baryłkowaty mężczyzna — łysy, z rękami dużemi i jakby nabrzękłemi, na których fatalnie parafianskie świeciły