Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

samo całe dnie spędzał na kontemplacyi Maryi Egipcyanki — i był nią zachwycony.
— To wcale co innego — odparł kwaśno Klaudy, artysta szukał tajemnic linii i kolorytu — ja... chcę tajemnicy życia dostać.
— Klucz do drzwi za któremi jest zamknięta ― niestety — rzekłem, w kieszeni odźwiernego niebieskiego.
Przy rozstaniu spytałem go, dokąd jedzie. Zmięszał się trochę.
— Do Berlina — odparł sucho. Wstyd mi, że dotąd nie byłem w nowej stolicy państwa niemieckiego. Jużcić to ciekawa rzecz spojrzeć na miasto, które w pamiętnikach Pölnitza, wygląda na mieścinę prowincyonalną, a dziś w oczach, rośnie jak na drożdżach. Ten proces gwałtownego olbrzymienia, godzien jest obserwacyi.
— No — dodałem — i któż wie, czy się oryginału blondynki na bruku gdzieś, pod lipami nie napyta.
— Zwątpiłem o tem — westchnął Klaudy, chociaż na złość temu głupiemu artyście, który z tak prostej rzeczy tajemnicę czyni, godziło by się ją odsłonić.
— Życzę szczęścia — rzekłem rozstając się.
Było to jesienią. W początkach zimy wypadało mi być w Berlinie. Niemal pierwszą osobą, którą idąc do księgarni Stuhr’a spotkałem pod Lipami, był w eleganckie otulony futerko Klaudy. Niespostrzegł mnie i sam musiałem go zatrzymać. Znalazłem go jakimś zmęczonym, z chmurką na czole, a biegł bardzo żywo i nie zbyt chętnie się dał na chwilę powściągnąć w biegu.