Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

na Boga, muszę wiedzieć z kogo malarz wzór brał do tego bóstwa.
— D’Angeli ― dorzuciłem — jest człowiek niezmiernie praktyczny — maluje tylko tych, co mu dobrze mogą zapłacić — dla zabawki studyów nie robi. Prawdopodobnie więc, nie praczka to jest — jakem wam na przekorę powiedział — ale jakaś księżna pani.
Klaudy westchnął.
— Nie chcę przypuszczać tego, rzekł. Było by to nieszczęściem dla mnie, bo — jestem zakochany, oczarowany i gotówem do największych ofiar.
— Aby się rozczarować — dodałem chłodząc go.
— Doprawdy rozczarowanie byłoby dobrodziejstwem, i gdyby raczyła się odezwać — a powiedziała srogie głupstwo — byłbym ocalony.
— Pewnym pan tego jesteś? spytałem. Ja — nie. Wiele twarzy ma ten urok czysto zmysłowy, który my transponujemy na ton ideału i sentymentu — a co się zwycięzko opiera nawet dowiedzionej głupocie i nie wątpliwemu brakowi — uczucia i sumienia.
— Ale to nie jest piękność przemawiająca do zmysłów — oburzył się Klaudy — coś tak powietrznego.
Westchnął i w myślach się zanurzył. Poszedłem dalej. Wieczorem spotkaliśmy się w restauracyi Grand Hotel. Zajęty był portretem jeszcze.
— D’Angeli nie przyjedzie tu, rzekł — ja do Berlina nie mogę, pisałem do niego zaklinając go na wszystko w świecie, aby mi zwierzył kto był pierwowzorem tego portretu.

— Wątpię ażeby list poskutkował — odpowiedzia-