Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Staliśmy oba przed piękną blondynką — gdy Klaudy potrąciwszy mnie przypadkiem i chcąc przeprosić, spojrzał — i poznał.
— Pan także, jak widzę, stoisz przed tem arcydziełem — zawołał entuzyasta. Prawda? malarz — stworzył coś cudownego, ale natura!! Nie podobna mi przypuścić ażeby ją upięknił i wyidealizował. Kto to jest? gdzie się na ziemi może znajdować podobna istota?
— Sądzę, rzekłem, że o to by się łatwo dowiedzieć było. Cóż stoi w katalogu?
— A! a! w katalogu! dusząc go w rękach zawołał Klaudy — głupi katalog nie daje nic. Portret damy, przez prof. d’Angeli.
Ja tu już nie pierwszy dzień stoję przed nim w niemej kontemplacyi. Mogę powiedzieć, że jestem w nim do szaleństwa zakochany. Profesorb d’Angeli tu niema, jest w Berlinie. Wiem, że wiele malował do Anglii, wiele w Niemczech — gdzie, zkąd on wziął tę kobietę?
Patrycjuszka czy.....
— Praczka — dorzuciłem.
Oburzył się Klaudy.
— Typ czysto północny — dodałem. Coś podobnego widywałem na ulicach Stockholmu i Upsali — nawet wśród prostego ludu, tylko d’Angeli spotęgował.
— A! nie! wątpię, ażeby dorównał oryginałowi — począł Klaudy.
Staliśmy trochę milczący, znajomy mój — rozśmiał się i rzekł cicho.
— Popełnię dzieciństwo, będę niedyskretnym, lecz,