wypłowiałego goblinu, stała w białej sukience, bez żadnych ozdób, bez dodatków, bez kontrastów tych które podnoszą tony, uwydatniają światła, potęgują efekta.
Pomimo to malarz umiał wszystko zaokrąglić, uczynić plastycznem i żywem. Biała sukienka niedbale włożona, nieosłaniała zupełnie gorsu, — z pod niej czuć było i widać wychodzące kształty marmurowe. Nie zakrywała nic, posągowała śliczne, utoczone ręce i popiersie. Rączki obie, z nadzwyczajnem staraniem portretowane widocznie, rączki indywidualne, własne jej, maluchne, śliczne, trzymały napół złożony wachlarzyk biały także, ze słoniowej kości i chustynkę obszytą koronkami.
Stała tak na wpół do widzów zwrócona, a ogromne warkocze włosów złocistych, związane niedbale, jakby aureolą główkę wdzięczną opromieniały.
W wyrazie twarzy było coś sfinksowo-zagadkowego. Oczy szczególniej — przerażały, można powiedzieć. Były to oczy stalowe, zimne, z wejrzeniem ostrem, przeszywającem — nieodgadnionem — mieniące się niby surowością, smutkiem, melancholją, znudzeniem.
Wieku niepodobna było odgadnąć. Mogła mieć lat piętnaście i trzydzieści, bo takie blondynki nie starzeją.
Stać przed tym dziwnym portretem można było wieki i dumać — cała zagadkowość natury ludzkiej, serca, losów człowieka uosobioną była w tej twarzyczce.
Mogła to być i święta i Messalina — najrozumniejsza z Muz i najmniej myśląca z długowłosych istot. Zimno się robiło i straszno przypatrując jej.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/124
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.