slachetniającej się życiem swobodnem krwi — w niej nie było.
I malowanie i typ ten mogły w istocie zachwycić, a d’Angeli zarazem typowość twarzy i indywidualną jej cechę doskonale pochwycić umiał. Portret żył, a charakterem swym powiadał, że niewiele pewnie więcej życia musiał mieć oryginał.
Była to śliczna, idealnie piękna blondyneczka; dziecię północy, kwiatek z nad śniegów, który w chłodzie umie zakwitnąć i mrozy go nie warzą. Nie było w nim tej krwi i ognia dzieci południa, które goreją potężnie, namiętnie a krótko, ale kamienna siła, — coś z ożywionego zaledwie dzieła Pygmaljona.
W tym majestatycznym chłodzie swym jakże cudownie była piękną.
Nie miała rysów tych, które się klasycznemi zwać zwykły, tego kroju twarzy Junony-Ludovisi, ani Wenery z Milo — który zachwyca miłośników staro greckiej sztuki — lecz całość fiziognomii pełna była harmonii i wdzięku.
W greckich posągach, nawet bóstwa wyobrażających, jest zawsze kobieta z krwi, ciała i kości, w różnych tylko stadyach rozwinięcia, począwszy od wpółdziecinnej Psychy, do w pełni sił matrony; — w tej blondyneczce było niby widmo życia — marzenie wcielone, coś powietrznego... zjawisko o które lękać się było można, aby jak bańka mydlana nie prysła za najmniejszym podmuchem.
Wizerunek był pojęty z największą prostotą i rodzajem tour de force artysty. Na ścianie jasnej z
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/123
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.