Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

ki nieporównanie są wdzięczne, pięknych pań w atłasach i poobnażanych mnóstwo ogromne — ale myśli niema nigdzie. Jeżeli się ona gdzie przypadkiem zaplątała, to ją akcesorya tak zdusiły, iż ledwie z pod nich dobyć można biedaczkę.
Na takiem bezrybiu — portret — rak staje za rybę. Dobry portrecista, choćby z pierwowzoru nieumiał pochwycić jego momentu charakterystycznego, zawsze da jakąś chwilę, jakiś aspekt prawdy. Myśl się z tego sama wywinie.
Przypatrywałem się właśnie ślicznym, z taką maestrią i werwą malowanym portretom d’Angelego, Canona i Lembacha — gdy obok siebie spostrzegłem stojącego znajomego mi młodego pana Klaudyusza N. wpatrzonego tak w jedno z płócien, iż o całym świecie zdawał się zapominać.
Mam poszanowanie dla tych co kochają sztukę i zajmują się nią gorąco, nie myślałem więc mu przeszkadzać, ale mimowoli poszedłem wślad za jego wzrokiem — i odkryłem co go tam tak przykuwało.
Był to portret kobiecy, a d’Angeli w nich celuje. Wiedziałem, że ten ulubieniec wielkiego świata i królewskich dworów, bierze za portrety bardzo drogo, więc i klientelę ma, przeważnie złożoną z pań należących do sfer najwyższych.
Portret na który spojrzałem nie zrobił na mnie wrażenia — jakby mógł należeć do nich. Śliczna była twarzyczka, wyraz jej poważny, surowy, zagadkowy jakiś, lecz tej dystynkcyi, jaką dają długie lata wy-