Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

i przejmuje się... Powiadam ci, w oczach ma tyle intelligencyi.
— Pan bo się nią zajmujesz nadto — wtrącił Grzegorzewicz.
— Jakże chcesz! proszę cię! Taki problem! Ja się uczę... wiele się uczę... Zupełnie wyobrażenia nie miałem co to jest kobieta.
No — pozwalam, że intelligencya jest bierna — rozumiesz mnie — ale co na świecie jest samoistnie czynnem? Hm? Wszyscy my składamy się z tego, na co niewiem wiele wieków pracowało. Nie ma w nas jednej myśli własnej — no — niema! z tego pokarmu, z tej sieczki... żyjemy.
Wielka władza przyjmowania... równa się geniuszowi! Rozumiesz ty mnie?
— Rozumiem to tylko, że jeżeli chcesz pan powrócić do Stepania cały, i niepodległy, — w czas by się należało wstrzymać z tem badaniem właściwości niewieścich.
— Otóż masz! zawołał Drabczyński. Bierzcie wszystko poziomo — z bardzo nizkiego stanowiska, gdy tu — wyższe cele są na widoku! U ciebie, kochany panie Grzegorzewicz — wszystko bzdurstwo — a to są, najważniejsze zadania życia i filozofii.
Plenipotent ruszał ramionami.
— Interes nasz — rzekł, jutro będzie skończony. Nic nam nie przeszkadza powracać. Mówiłeś mi pan w początku, że dom wynajmiesz, a kapitał ulokujesz w towarzystwie? Stosowałem się do tego.
Drabczyński stał zadumany. Można się było do-