tym na dsiwiejącym małoletnim, tegoż dnia poszedł się rozpytywać.
Prawnik z którym był w stosunkach, mógł go najlepiej objaśnić. Znał panienkę od bardzo dawna.
— Cóż ty chcesz abym ja ci o niej powiedział — stateczna bardzo, rządna — nic jej zarzucić nie można, ale ma ten dar, że opanowuje ludzi. Nieboszczyk był u niej zupełnie pod pantoflem, i pewną jest rzeczą, że gdy za mąż wyjdzie, z męża zrobi co zechce.
Podobne zdania połapał plenipotent z ust różnych. Godzili się wszyscy na to, że panna była stateczna, pracowita, uczciwa — ale energiczna, mimo pozornej łagodności.
Energii tej i umiejętności opanowywania dała już największy dowód na Drabczewskim, który oprzeć się jej nie mógł. Groziło widocznie jakieś niebezpieczeństwo, panna codzień się ubierała staranniej do obiadu, w wielu rzeczach, dawniej zapominający się p. Adam, zastosowywał się do jej rad.
Przynosiła z sobą do obiadu humor dobry, a co najdziwniejsza, gdy Drabczewski wpadał w dywagacye swe filozoficzne, i zwracał się z niemi do niej — obca zupełnie przedmiotowi o którym prawił, panna Aniela umiała tak mu odpowiadać zręcznie, tak go słuchała uważnie — jak gdyby do bałamuctw tych największą wagę przywiązywała.
Przeciągał się ten pobyt w Warszawie.
— A wiesz — rzekł jednego wieczora Drabczewski, do plenipotenta, ta panna Aniela... no — juściż pewnie że sama by systematu nie wymyśliła, ale jak pojmuje
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/110
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.