Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Było to coś tak nadzwyczajnego, że naprzód osłupiał, a potem się śmiać począł.
— Cóż to panu?
— A, nic — odparł spokojnie Drabczewski. Chciałem się przekonać jak wyglądam. No — siwieją i jestem stary... a wczoraj panna Aniela chciała mi dowieść że jestem w sile wieku.
— Panna Aniela! przerwał Grzegorzewicz, widzę że ugłaskała pana zupełnie.
— Pewna rzecz, że ciekawość zajrzenia w tę istotę, która się kobietą nazywa, jest człowiekiem innego rodzaju, i ma niepospolite swe właściwości — pociąga mnie do badania.
— Patrz no pan, żeby... rozśmiał się plenipotent — badanie to go nadto nie zainteresowało.
Zamyślił się Drabczewski.
— Ale — nie — rzekł po chwili — jestem stary — i mam inne posłannictwo. Cóż, pan myślisz, że jabym się mógł ożenić?
— Lękałbym się tego dla pana?
— A! dla czego?
— Spóźniłeś się pan trochę.
— No — ale jeżeli są osoby, które znajdują, że ja jestem w sile wieku?
Grzegorzewicz po tem pytaniu, dającem mu do myślenia, urwał zaraz rozmowę.
Znając ludzi, powziął obawę, aby rzeczywiście biedny dziwak nie dał się w sidła wplątać. Panna Aniela była im obu nieznajoma, przeszłości jej nie znali. Plenipotent który miał sobie przez kanonika zdaną opiekę