Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Ale i ja już zestarzałem i o tych bzdurstwach zapomniałem! rzekł znudzony Grzegorzewicz.
— A! waćpan to bzdurstwem nazywasz! hm — odparł p. Adam. Ale jak tu rozpoznać czy cię dusza ciągnie w kobiecie czy... bzdurstwo!
Stary śmiać się począł. Drabczewski nie obrażony tem wcale, z wielką powagą począł mierzonemi krokami chodzić po pokoju.
— Otóż to tak jest — odezwał się jakby na wpół sam do siebie. Wy największe tajemnice macie za bzdurstwo, a rzeczywiste lichoty w waszych oczach mają największą wagę.
Zobaczywszy, że Grzegorzewicz się zasępił, p. Adam pędem przybiegł go przepraszać.
— Słowo daję — to mi się wyrwało — tak! ogólnie mówiłem.
Rozmowa na tem się skończyła tego wieczora.
Plenipotent, bardzo rad ze swej podróży Warszawskiej, bawiąc się tu dobrze, a znudzony oryginalnym swym pryncypałem, o którym mówiąc, przez delikatność milczał, i palcem się tylko w czoło uderzał — absentował się po dniach całych. Parę razy powracając znajdował pana Drabczewskiego, siedzącego za stołem razem z panną Anielą, która ośmielona teraz, wesoła, zdawała się obchodzić z p. Adamem daleko swobodniej i — tak jakby pewną była, że tego jej za złe nie weźmie.
Z rana jednego dnia Grzegorzewicz, znalazł go — przed zwierciadłem.