Poszedł chodzić po pokoju nie czekając odpowiedzi. Stanął znowu naprzeciw Grzegorzewicza i spytał.
— Byłeś pan żonaty? hę?
— Dwa razy! zamruczał Grzegorzewicz. Drabczewski odskoczył. Dwa razy!! dwa razy!
Po chwili zaś zatrzymał się naprzeciw plenipotenta. Proszę cię — rzekł, małżeństwo! co to to jest?
Pytanie tak było postawione, że stary niewiedział co odpowiedzieć długo.
— Małżeństwo, rzekł w końcu, może być albo szczęściem wielkiem, albo...
— To się rozumie — począł naiwny Drabczewski — ale, proszę cię, co się tyczy dusz??
— Jak to?
— Czy one się sprowadzają... jakby to powiedzieć! do jednego mianownika. Czy one się odgadują! przenikają! zlewają?
Ruszył ramionami Grzegorzewicz, nie mając ochoty prowadzić dalszej rozmowy. Chciał nawet wstać z krzesła, ale p. Adam go zatrzymał.
— Bądź łaskaw, chwileczkę. Jestem ciekawy. Waćpan masz doświadczenie. Powiedz mi.
Tu zamyślił się i stał tak długo milczący, że plenipotent począł się niecierpliwieć. Widocznie myślami poleciał tak daleko, że o tem co począł, zapomniał. Dopiero oczy podniosłszy na starego, począł żywo.
— Proszę pana — czy, kiedy człowieka irytuje i pociąga, dajmy na to, niewiasta... czy ma to być znakiem, że dusze się z sobą, chcą porozumieć? — bo, ja — ja niewiem!
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/107
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.