Widzisz, kochany panie, cała mądrość ludzka na tem zależy, żeby człowiek wiedział, że jest głupi!
Śmiał się okrutnie Grzegorzewicz.
— Niema sobie nad czem łamać głowy — dodał.
— Tak się waćpanu zdaje — odparł p. Adam. Właśnie do tego dojść jest największą sztuką.
Bojąc się, aby na dłuższe rozprawy filozoficzne się nie zebrało, Grzegorzewicz urwał prędko. Przez cały tydzień potem, tak się mało widywali, że plenipotent, ledwie z nim parę słów zamienił.
Dziwił się tylko, że pod koniec tygodnia, ciągłego tego dawniej powtarzanego — wracajmy — nie słyszał.
Jednego dnia, niespodzianie po obiedzie wpadłszy, zastał, czego się najmniej spodziewał, Drabczewskiego jeszcze za stołem, pannę Anielę naprzeciw niego — i ją opowiadającą swobodnie, a jego słuchającego cierpliwie.
Panna wejściem Grzegorzewicza wcale nie była zmięszana, ale Drabczewski zerwał się, jak sparzony i zawstydzony.
Po wyjściu towarzyszki, długo po izbie chodził zasępiony. Grzegorzewicz pił kawę i palił cygaro.
Nagle p. Adam, stanął naprzeciw niego i zawołał.
— Słuchaj pan. Czy wiesz co to jest kobieta?
Począł się śmiać stary.
— Pan przecie choć słyszałeś, że to jest — sfinx i zagadka... zawołał.
— Ale po co to jest? mówił dalej z wielką seryą Drabczewski, bo to niepokój rodzi na świecie i myśleć nie daje! No — i gada to tak dużo... tak dużo... no — i o niczem!!
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/106
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.