Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

rze, nie pojmując ani takiego człowieka, ani podobnego życia, najniewinniej mu się narzucała.
Drabczewski, który wogóle kobiet unikał, a oprócz starej osmolonej gospodyni nie widywał nigdy żadnych — czując się z mężczyznami swobodnym i śmiałym — nie wiedzieć dla czego był z panną Anielą, jak na węglach.
— Żebyśmy mogli co najprędzej powracać, mówił do Grzegorzewicza, bo ja tu nie wytrwam. Strasznie nudno... no — i ta panna. Czego ona odemnie chce, że ciągle zagląda?
Śmiał się Grzegorzewicz.
— Zmiłuj się, przecież to grzeczność z jej strony.
— A! niech ją!!
Ex-plenipotent, znalazłszy w Warszawie wielu dawnych znajomych, rad że się rozerwie i że pryncypałowi swemu wcale nie jest potrzebnym, po całych dniach siadywał w mieście.
Był więc Drabczewski zmuszony obiady jadać z panną Anielą. Bawiła go rozmową, słuchał, ale ledwie go mogła na — tak, lub — nie — wyciągnąć.
Wieczorami plenipotentowi powtarzał:
— Jedźmy, bo ja tu zgłupieję! Słowo daję.
Stary facetus, odparł mu na to.
— A! co znowu! wszystko to niczem przeciwko wieczności.
— A waćpan wiesz co wieczność! wtrącił zaraz Drabczewski.
— A pan wiesz?
— Nie, ale ja wiem, że niewiem. To coś znaczy.