Siadł, jadł, ani słowa się nie odzywał, ale, jak powiada Grzegorzewicz, na pannę Anielę parę razy spojrzał ciekawie, dobierając tylko chwili, gdy ona tego widzieć nie mogła.
Grzeczniejszy od niego Grzegorzewicz rozmawiał z nią, wypytywał o nieboszczyka, wywołał łzy z oczów panny Anieli i obszerne opowiadanie o ostatnich chwilach starego mieszczanina, który był bardzo poczciwym próżniakiem.
Zatopiony w myślach Drabczewski zdawał się zupełnie czem innem zajęty.
Nazajutrz ex-plenipotent poszedł po informacye na miasto i zabawił do obiadu. Pan Adam oświadczył mu, że on nie myśli chodzić nigdzie i będzie siedział w domu.
— Ale miasto może zechcesz zobaczyć! — spytał stary.
— Ja! miasto! a mnie na co! Mury, i po wszystkiem.
Ruszył ramionami.
Czytał tedy do obiadu Jasnowidzącą, chociaż zżymał się.
Wśród tego zajęcia, panna Aniela, potrzebująca się go spytać o coś, przyszła do pokoju, w którym siedział.
Uchyliła ostrożnie drzwi, Drabeczewski zerwał się, zaciskając usta i nie tając, że mu przerwanie spokoju nie było miłem. Prostoduszna panienka, zdaje się, że tego nie zrozumiała.
Stanęła w progu, jedno po drugiem zadając pyta-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/103
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.