Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Ja, proszę ks. kanonika, z łaski tego majątku zgłupieję! — wołał.
Ksiądz tylko przez grzeczność nie chciał mu powiedzieć, że rzecz jest już niemożliwa.
Koniec końców nieodzowna się okazała potrzeba jechania do Warszawy. Grosza nie mając przy duszy, Drabczewski się najprzód musiał zapożyczyć. Kanonik lękając się aby nie nadużyto jego dobroduszności, dodał mu ex-plenipotenta Worcellowa, który orłem nie będąc, był przynajmniej nieposzlakowanej uczciwości człowiekiem.
Dalsze dzieje dziwaka z jego już ust tylko są nam wiadome. Zdawszy w podróży wszelkie starania o nią i o pieniądze Grzegorzewiczowi (tak się zwał ex-plenipotent) — jechał Drabczewski do samej Warszawy, prawie nie mówiąc nic, zatopiony w sobie.
Grzegorzewiczowi tylko parę razy, widząc wielki ruch na gościńcu i czynnych bardzo ludzi — oświadczył:
— Proszę ja pana? do czego to się wszystko zdało! czego oni tak się kręcą i spieszą, a żaden o swojej duszy nie myśli. Jak Boga kocham, waryaty lub dzieci!... Rychtyk komary wieczorem u nas, gdy się w powietrzu zwijają.
Przybywszy do miasta, ponieważ w kamienicy na Podwalu, po nieboszczyku było mieszkanie wolne — i to na nich czekało, odrazu zajechali do niego.
W progu, jak powiadał Grzegorzewicz, z kluczykami spotkała ich, lat może około trzydziestu mieć mogąca panienka, o której wiedzieli, że była to jakaś wy-