Takie samo zahartowanie okazywał na cierpienie i na śmierć, o której mówił z rodzajem ciekawości...
Drabczewski był już podówczas w drugiej wieku połowie i zdawało się, że na tych swoich chatach dożyje spokojnie końca. Tym czasem inaczej przeznaczenie zrządziło.
On co o żadnej rodzinie nigdy nie wiedział ― nagle został uwiadomiony, że jakiś Drabczewski, który o nim zasłyszał, ale wcale go nie znał, in articulo mortis, zapisał mu kamienicę i dość znaczny kapitał.
Spadło to na niego jak grom.
Pieszo, bo najczęściej do Stepania nie inaczej chodził, tylko o kiju, sam jeden wpadł jednego ranka do kanonika tak przestraszony, poruszony, blady, iż ksiądz sądził, że wielkie jakieś nieszczęście spotkać go musiało.
Z załamanemi rękami stanął przed nim.
— Wie ks. kanonik co mnie spotkało!
— O niczem niewiem...
— Warjat, proszę kanonika, jakiś Drabczewski mi majątek zapisał. A mnie to na co! do czego?
Kanonik potrząsał głową.
— Przecież gdyby tylko na to, ażebyś mógł drugim coś zrobić — majątek nie do odrzucenia...
— A! niech go sobie bierze kto chce... Co ja mam być niewolnikiem jak i drudzy!!
Uchodzić go długo nie mógł kanonik, tak boleśnie był dotknięty tem, że musi wyjść ze zwykłego trybu życia i nie mieć spokoju.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/100
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.