Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chem na ustach ale trwogą w duszy o wioskę i las pan Bal i wyleciał naprzeciw do Stanisława. Tu zastał Parcińskiego na prędce przebiegającego okiem mapę, dokumenta i starającego się oswoić z nową kwestją.
— Aj! bieda! ratuj dobrodzieju! krzyknął kupiec na progu łamiąc ręce.
— No! a co tam?
— Wszak wiesz co mi śpiewają! Chcą całej dyferencji i Ciemiernej w dodatku...
— No! no! nie ma się czego obawiać! przynajmniej o wioskę! odparł Parciński. Dawniej nieco o tem wiedziałem, teraz przebiegłem okiem papiery — poradzimy, pomówim... zostaw nas pan tylko samych, a jeśliś ciekawy lub niespokojny, możesz z drugiego pokoju posłuchać.
— Dobrze, ustępuję chętnie, pójdę do mojej żony, panowie układajcie się, byle mi ten nowy niepokój jak najprędzej spadł z głowy.
Parciński chwyciwszy papiery ze stołu, uśmiechając się, wszedł do pokoju w którym nań oczekiwał dumny komisarz Radziwiłłowski. Nowe położenie jego nie dozwalało mu zbyt poufale zbliżyć się do ubogiego jakim był pan Tomasz człowieka, którym słusznie czy nie wszyscy pomiatali. Nadął się więc, ręce w kieszenie powkładał, minę stosowną przybrał i od niechcenia rzuciwszy nań okiem zapytał:
— A co panie Tomaszu, jak myślisz, co będzie z dyferencją?
— Co ma być? odstąpicie nam ją całą, rzekł plenipotent, kopce posypiem, upijem się i podpiszemy rozgraniczenie.
— O! o! jak to Waćpan szparko i dzielnie te rze-