Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przecież widzieli że tu jest miejsce, odezwała się pani Dankiewiczowa z domu Kościńska... podobało im się być na przodzie...
— A co za stroje! co za atłasy i koronki!
— Ubrały się umyślnie do kościoła żeby nas wszystkich zakasować, szeptała podsędkowa, fe! fe! próżność taka! i gdzie? w kościele.
— Panienka przystojna, rzekł Dankiewicz...
— Tak sobie... zgrabna kawiareczka, dumnie odpowiedziała żona.
— Uważałaś serce, dodał Hurkot... że on sam, ten okrągły człowiek i syn siedli w ostatniej ławce? I to nie bez myśli. Ani się posunęli wyżej! to nie bez myśli. Chcą nas upokorzyć widocznie.
Szczęściem ksiądz wyszedł i rozmowy przytłumione zostały śpiewem lub pozorem nabożeństwa, chociaż z książek latały wejrzenia na nowo przybyłych, niespokojne, zazdrośne.
Poczynała się suma, gdy trzask z bata i tentent zajeżdżającego ciężkiego powozu przerwały uwagę parafjan, skazanych dnia tego na roztargnioną modlitwę. We drzwiach powstał szum wielki i z powagą wtoczył się hrabia Sulimowski z hrabiną i starszą córką.
Było to zjawisko rzadkie, bo kościołek ten nie miał zwykle szczęścia posiadania tych państwa; widocznie przejeżdżali tylko i wstąpili. Hrabia zapięty w długim migdałowym angielskim surducie, wyprężony, im trudniejszy miał pozór tem majestatyczniejszą robił minę, jakby wszystkich hurtem chciał protegować; hrabina była to chuda, trochę garbato się trzymająca kobiecina, skromnie ubrana, w ostatki dostatków, blada i przygnębiona; córka, słusznego jak ona wzrostu, bardzo