Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wystaw sobie, kochanie! był w Zakalu!
— A! był pan w Zakalu?
— Byłem wczoraj, rozpierając się i cedząc powoli z ponurym tonem pan Porfiry.
— Dmie się, wyraźnie się dmie! rzekł znowu w duchu podsędek, co jemu jest? zapomniał gdzie przyjechał!!
— A cóż? spytał głośno, mówże, a obszernie, co za ludzie, jak wyglądają?
— Ludzie, bardzo przyzwoici, odparł kawaler, widać niezmiernie bogaci, ton miejski, dom na wielkiej stopie...
Kwaśno uśmiechnął się podsędek i pochwycił stając znowu po egipsku.
— Na jakiej stopie? rozśmiał się...
— Elegancja wielka! wystaw sobie podsędku.
— Tego nigdy nie było! rzekł w duchu pan Ignacy, żeby on mnie podsędkiem goło i kuso nazywał, mówił zawsze panie podsędku, w głowie mu się przewróciło!!
— Wystaw sobie panie podsędku! kończył Szaławiński, cały salon zrobiony z izby czeladnej, wysłany perskiemi kobiercami, we drzwiach ogromne prześcieradła... chcę mówić zasłony, z ciężkiej materji tureckiej, błyskotek i fraszek pełno, a jak podali herbatę, stoły pękały od sreber.
Podsędek aż się cofnął i minę zrobił niezmiernie zdziwioną.
— Co ty pleciesz?
— Zobaczysz kiedyś sam, to się przekonasz, musi być bogacz ogromny...
— Cóż to? Zakale! lichota! nie mieniałbym się na Dębno!