Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom III.djvu/118

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Książe się oburzył i ręce załamał.
    — Jemu! bratu rodzonemu, którego ja miłuję tak, który do mnie jest przywiązany!!
    Księżna zamilkła.
    Upłynęła chwila w milczeniu. Grzmisława usiadła na ławie swej, podpierając się na białej dłoni.
    — Gdybyś mnie posłuchał — rzekła nieśmiało — ale ty babskiej rady nie przyjmiesz.
    — A cóż byś ty radziła? — spytał Leszek ciekawie.
    Ociągała się nieco z odpowiedzią księżna, utkwiła wzrok w męża.
    — Mnie gdybyś słuchać chciał — dodała — pobożnemu i świątobliwemu Iwonowi dał byś moc od siebie wszelką, a uczyniłbyś się chorym i nie jechał ani do Gąsawy, ani nigdzie ku granicom. Światopełka się boję! lękam się wszystkich! Odonicza, a — Konrada nawet!
    Znowu zmarszczył się Leszek.
    — Mówcie co chcecie na innych — przebąknął — na Konrada tylko nic. Chowaliśmy się razem, u jednej matki na rękach... A, komuż by już dać wiarę!!
    — Nikomu! — szepnęła Grzmisława — mądry, wierzaj mi, nie ufa ludziom nigdy.
    — Tyś rusinka — odparł Leszek weselej — a rusini nie ufni są.
    — Twoja matka była nią także — odparła