Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Stare dzieje.pdf/108

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dłużéj taić przed tobą; staję jako winowajca, który się sam obwinia...

    (z wysiłkiem)

    Jesteśmy zrujnowani! Jutro może wypędzą nas z tego domu, jutro przyjdzie rzucić ten kątek spokojny... na zawsze... Groby ojców i wspomnienia całego życia oddać w ręce obcych i zimnych ludzi, którzy nie poszanują niczego....

    AMELJA (udając obojętność).

    Wygnają nas? No, to cóż to tak bardzo strasznego? Świat szeroki, a Bóg opiekun wydziedziczonych!

    HRABIA (zdziwiony).

    Jakto? nie płaczesz? nie dziwisz się? nie lękasz?

    AMELJA.

    Zapłaczę... może — ale się nie zlęknę... Pozwól tylko ojcze, bym jeszcze nie zupełnie wierzyła słowom twoim; przestrach cię próżny ogarnął, ruina nasza nie może być tak nagłą i zupełną; coś nam przecie pozostanie, znajdziemy przecie sposób jakiś utrzymania się choćby przy tym tylko domu i starych drzewach naszych.

    HRABIA (śmiejąc się gorzko).

    Sposób!! A! jest w istocie! Niepoczciwi! Podają