Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Stare dzieje.pdf/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
AMELJA.

Szczęście! szczęście! mój Adamie, to może tych kilka chwil spokojnych, któreśmy z sobą przebyli, z nadzieją przyszłości — innego nie ma podobno!

ADAM.

A! inne być mogło!

AMELJA.

Drogi przyjacielu, byłożby to szczęście, gdybyśmy je łzami, lub życiem cudzem okupić musieli? Cierpienie ojca byłoby dla nas wiekuistym wyrzutem.

ADAM.

Ofiary, ach! strasznéj wymagasz po mnie ofiary! Jeszcze raz, Ameljo, czy możesz sądzić, że ojciec ją przyjmie, że ten zacny człowiek, którego serce znasz dobrze, zechce szczęściem córki okupić kilka lat spokoju? Taka ofiara byłaby barbarzyństwem, a człowiek, któryby się ją przyjąć ośmielił....

AMELJA (przerywając mu).

Milcz! na Boga! proszę cię, nie mów, nie sądź! Godziż się nam kogokolwiek potępiać, my cośmy ludzie i słabi? Na nikogo nie rzucajmy kamieniem, bo kamień ten na piersi naszéj ciężyć będzie!

ADAM.

Każesz, milczę....