Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Ale zaledwie usta uśmiechem otworzę,
Śmierć mi siada na piersiach i rzuca na łoże.
A nocy! — Któż policzył te chwile bezsenne,
W których piekielne męczarnie bez końca,
Zawsze też same, i zawsze odmienne,
Dręczą aż do wschodu słońca.
Potém dzień wschodzi, dzień blady i długi,
I znów noc potém, i znowu dzień drugi.

Takie konanie ciała! Takie! lecz mój Boże!
W sercu i duszy, gdzie czucia i myśli,
Tam to śmierć! Nad nią cóż w piekle być może,
I kto to pojmie i kto to określi!
A ja gdy serce stygnie, w głowie myśl topnieje —
Głupi! jeszcze mam jakieś — nadzieje! — nadzieje!!



IV.

Płynie chwila, za chwilą, za chwilą godzina,
A z każdą życie ulata,
A każda z nich przypomina,
Trzeba umrzeć — choć żal świata!!

Kiedy świat zimny, zimną pożegnam powieką,
Weźcie wszyscy po małéj pamiątce odemnie!
Wspomnijcie mnie, choć bądę daleko, daleko!
Ach! gdy wspomną na ziemi i w niebie przyjemnie!