Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
III.

Słabiéj mi! coraz słabiéj! W piersiach jedną nogą,
Śmierć stoi; a nad głową już wiszą jéj skrzydła,
Już ledwie mdłe powieki obracać się mogą,
Świat mi tęskny i życie i miłość obrzydła.
Na cóż się było rodzić, żeby ranną porą —
Ledwie na świat wyjrzawszy umierać tak skoro?

Dusza moja już na tym świecie przez połowę,
Przez połowę na tamtym wyższym, żyć zaczyna,
I nieraz słyszę razem téj ziemi rozmowę,
I w niebie oddalone śpiewy Cherubina.
I czasem widzę razem ludzi jedném okiem,
A drugiém Boga, na niebie wysokiém.

Potém usypiam z wolna i głowa się chyli,
I sen czarny na oczach cięży mi ołowiem,
Śpię i marzę — zbudzony, czylim spał pół chwili,
Czyli dwa wieki — nie powiem.
Wczoraj, dziś, jutro, w głowie mi się kręci,
Jakbym już zaczął wieczność i nie miał pamięci.

Budzę się czasem, zdaje mi się chwilę,
Że życie wraca w piersi i myśli do głowy,
Że miłość wraca i nadziei tyle,
I marzeń orszak godowy,