Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spojrzał drżąc jeszcze — a u swego boku
Ujrzał na wspólnéj pościeli
Ryngalę śpiącą — tak jak śpią w obłoku
Spokojni niebios anieli.
I łza roskoszy jeszcze na jéj oku —
Błyszczała jasno — na ustach różowych —
Uśmiech przyszłości z nadziei wykwitał,
Jako fijołek na łąkach majowych.
Spojrzał i zadrżał, spojrzał i zazgrzytał
Chwycił za serce mocno biło.
Pragnienie usta paliło.
W głowie się różne kręciły obrazy
Przysiąg i śmierci, roskoszy, cierpienia,
I głos szyderski szeptał mu sto razy —
— Krzywoprzysiężcom nie ma przebaczenia!
Powstał i przetarł powieki strudzone
Powstał i spojrzał na żonę —
Jakby swéj zbrodni chciał umniejszyć winę
Jakby chciał sobie powiedzieć i niebu.
— Nie żal mi ginąć, jeśli dla niéj ginę —
A chwilę ślubu, od chwili pogrzebu
Takiego szczęścia trzecia chwila dzieli —
Lecz ledwie powstał, ogień co go palił
Zalał mu piersi, rozpłomienił głowę
I bezsilnego przykuł do pościeli.
A w dali jakby odgłosy grobowe,