Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bóg — który swojéj nieda kalać wiary —
Ludzie — na swych ręku Boskie kary.
Pomnij! Zapłata czy mu niedaleka.
Dziś zrzucisz suknią — jutro śmierć cię czeka.
O! ciche było Henryka wesele —
Świadków niewielu i gwaru niewiele,
W nocy jak pogrzeb — przy świetle pochodni,
W nocy jak tajne dopełnienie zbrodni.
Ślub się przy skromnym ołtarzu odprawił
A ksiądz co ich błogosławił.
Pytał się trzykroć nowożeńców pary —
— Czyście innemi nie ślubili wiary?
Henryk się zmieszał od zgryzot i sromu —
I czuł jak krzywoprzysięgał zuchwale,
Lecz kiedy spojrzał na piękną Ryngalę —
Zawołał śmiało — nigdy — i nikomu.
Lecz lica jego zsiniały i zbladły
A sercem jego zgryzoty owładły,
I wśród uścisków nieczuł ich słodyczy —
I w pocałunku usta jego drżały,
Strach niepojęty, wielki, tajemniczy —
Przeczucia jakieś serce mu ściskały.
Usnął, a jeszcze na zmarszczonej skroni,
Strach siedział blady i sen jego kłócił,
We śnie uciekał od zbójców pogoni,
Szukając miecza ze snu się ocucił!