Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Moglibyśćie spać gdzie w mieście;
W zamku wesele, dość ludzi i koni,
I północ bliska nareście!
Któż tam i czego w nocy się dobywa?
Henryk Mazowieckie książę
Kiedy na godowéj sali
O przyjeździe Henryka wieść przechodząc głucha,
Z ust do ust, z ucha podana do ucha,
Doszła do siostry Witolda Ryngali,
Nagle jéj lica różane pobladły.
Rumieńsze potém, zsiniały na chwilę —
Usta zadrżały i ręce opadły,
I jakby swojéj nieufając sile,
Sparła się trwożna o kolumnę sali,
Nieśmiała spojrzeć, ani wyrzec słowa, —
Wtém cichość padła grobowa,
Ci śpiewać, tamci kłócić się przestali;
Książę Henryk wszedł do sali.
Witold poszedł ku niemu — cicho się witali,
I siedli i znowu szumna jak wprzódy biesiada,
I puhar krąży i pieśń się rozlega,
A Witold, cicho coś z Henrykiem gada;
A tłum Krzyżaków coraz to zabiega
Coraz to jaki z braci na podsłuchy
Wybiéży, przyjdzie i za niemi stanie
Lecz w wielkim gwarze tonie ich szeptanie