Przejdź do zawartości

Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Na królewskim dworze Tom II.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

wsze neutralnemi się czynią. Marszałek wita mnie uprzejmym uśmiechem, choć nienawidzi.
Marszałkowa gdy się jej przyjdzie otrzeć o mnie, nie widzi, nie ogląda się, nie chce znać.
Król ma pięknych przyjaciół.
Zwróciła się znowu do Bietki.
— Pan przecie powinieneś o swej przyjaciółeczce być uwiadomionym — odezwała się szydersko. — Biegałeś za nią i pewno niedaremnie, miała tu was i wielu z wami.
Zarumienił się wojewodzic.
— Panna Amanda wiesz najlepiej, że choć to serca królewskiego nie sięga i jest sobie fantazyą przemijającą, ale miewa król kaprysy, a ja jestem sługą i muszę się starać mu dopomódz. Rzucił był okiem na to dziewczę, kazał mi ją dla siebie ugłaskać.
— Składasz teraz na króla — wybuchnęła Amanda. — Chyba ty sam mu ją nastręczyłeś. Kłamstwa i brudne intrygi. Nigdy nie uwierzę temu, ażeby wyprawa tej dziewczyny na dwór królowej, z takim pośpiechem dla ostrzeżenia, stała się bez udziału was wszystkich. Mówicie sobie, że król mnie się pozbędzie, że francuzka zapanuje, wcześnie zaskarbicie jej łaski.
Spojrzała ostro na wojewodzica, jakby chciała wywołać odpowiedź, ale Pac milczał i wąsa pokręcał. Dał się jej wyburzyć i wypłakać — czekał.
— Z czem powrócę do króla? — spytał