Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Na królewskim dworze Tom I.djvu/042

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wadząją, szczególniej na odrzwia i posadzki. Cieśle też do czynienia mają.
    Jeśli więc sprawy jakie do panów macie — dokończył Wijurski — w Długiej ulicy wam będzie najdogodniej.
    — Ja? ja? — podchwycił nagle Płaza z przymuszonym uśmiechem — ale ja żadnych tu spraw nie mam. Nikt mnie nie słał, nikogo nie znam. Z dawnych czasów nazwisk się w pamięci coś zostało, ale lat dwadzieścia, wielki to przeciąg; z tych co żyli niegdy mało na świecie jest.
    — Zawsze nie może być, byście kogo znajomego nie naleźli — rzekł Wijurski.
    Płaza obejrzał się niespokojnie dokoła, ramionami poruszył, wargi mu zadrgały jakby coś mówić chciał i mruknął.
    — Jam nigdy nie mieszkał w Warszawie.
    — Długo tu myślicie pozostać? — zapytał podkoniuszy.
    — Sam nie wiem — ociągając się rzekł powoli Płaza — jak trudno mi powiedzieć pocom się tu przywlókł, tak i przeczuć niełatwo co tu będę robił i czy wysiedzę.
    Nastąpiło milczenie, a zmarszczone czoło Płazy świadczyło, że się zadumał głęboko i smutno. Nagle konia batogiem uderzył i przybliżył się z nim do Wijurskiego, patrząc mu ostro w oczy.
    — Zdajecie mi się dobrym i szczerym człowiekiem — odezwał się — powiem wam więc, cze-