Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na wódkę. Co się miał pójść utopić raz na zawsze, to się topił co dnia w karczmie. I na pozór stał się obojętny, ukrywał swą zazdrość, utaił gniew, znowu całował żonę, nazywał ją swoją gołąbką, udawał że jéj wierzy. —
Naścia myślała, że on nic nie wié i nie widzi, jak inni; albo że o nią niedba jak wielu, o żony. I już myślą gnała swobodnie po szerokim świecie występku, już roiła sobie spokój, wesele, dostatek w chacie. Biédna! Ona nic nie widziała, tak jéj migał świat piękniejszy przed oczyma.
Stary ojciec leżał na tém samém łożu, na którém skonała matka, leżał już dawno i wyglądał śmierci — Sawkę popędzili z pszenicą do Buga. O południu ledwie nasypane były worki i szereg furmanek wyruszył. Sawka obejrzał się na chatę, w któréj samą jedną zostawił żonę i ciężką westchnął. Stary ojciec leżał bezwładny, kto wié czy ona go dopilnuje, a on jéj pewnie nie. Zdrowszy, stary byłby spójrzał na Naścię i niedozwolił jéj bałamucić się, korzystając z niebytności męża, chory wyjrzéć nawet za nią nie mógł. Nigdy