Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I rozeszła się gromada po wsi, a Ekonomowa z płaczem powróciła na folwark. Co tam była za scena, nie opiszę, cała noc przeszła na wymówkach, narzekaniach, przeklinaniach, bezsenna, straszliwa, jak kara za przestępstwo. Bo wiedział Ekonom, że w najszczęśliwszym przypadku, usunięty zostanie opłaciwszy się dobrze, doktorom, asessorom, i całemu Sądowi, i odarty, miejsca nie znajdzie prędko. Chléb to więc jego i dzieci, uchodził mu z ręki.
A po chatach szepty były i narady, zmawiali się starzy, jak i co mówić mieli, co kto wiedział, teraz wyniósł i wyrzucił i przypomniał, by winnego potępić. —
W świetlicy Pilipiukowéj, na górze, leżał zmarły Denys na środku, a matka zawodziła w kącie siedząc, ojciec stary płakał w progu, siostry ociérając oczy fartuchem gotowały coś przy wpół wygasłym ogniu. Pełna chata starych bab, które wchodzą i wychodzą, a w sieni szepczą z sobą kiwając głowami. Na stole flasza zielona z wódką, i raczą się staruchy, do łez rozczulając.