Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sawka był jednym z najroztropniejszych chłopców we wsi, z oczu jego biła pojętność i ta żądza ciekawa nauczenia się czegoś, stania się użytecznym. Nigdy nie zaleniwiał, nigdy nie zapragnął spoczynku, nigdy się nieodkradł od pracy, zawsze był do niéj gotów, z uśmiéchem, z poskokiem.
W wolne chwile, on dumał na progu chaty o jutrzejszéj robocie, lub budował te młynki na wezbranych strumykach pośród drogi, któreście nieraz może po wsiach widzieli. Kochali téż rodzice najmłodsze dziécię; ale kochali po swojemu, nie po naszemu. Większą kromką chleba, tłuściejszą miską strawy, liczbą kartofel tłumaczyła się ta miłość rodzicielska, która inaczéj objawić się nie mogła. Rzadki był uścisk matki, rzadszy pocałunek ojca, a najrzadszy wzgląd na młode lata, gdy szło o pomoc w pracy. Ale gdy zasypiał, przykryła go matka swoją świtą, ojciec sprawił buty za ostatni grosz i białą uszył sukmanę naszywaną sznurami z kapturem, w któréj Sawce było; jak się czerwonym pasem podpasał, tak wesoło, że się śmiał nieustannie idąc do Cerkwi, w Cerkwi saméj i powró-