Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dobry deń synku — Do Hrypiny pewnie chcesz mnie prowadzić. Jéj to już czas byłoby rodzić, bo donosiła syna do pory — powiédźcie że zaraz idę.
A chłopiec jak stał, tak ze strachu i podziwienia wrył się i niewiedział co począć; aż mu Czyżycha powiedziała —
— Nie stój Parchomie, i nie wyszczérzaj zębów, a ruszaj nazad do chaty, bo tam matce, wody niéma komu podać, pewnie Ekonom wszystkich wygonił w pole, ta i na łąki.
I chłopiec zawrócił się, pobiegł do matki i krzyczącą w bólach pocieszał.
— Nie turbujcie się matuniu, Czyżycha zgadła żeście słaba, i oto już tu idzie — tylko co jéj nie widać.
Aż za chwilę z garnuszkiem pod pachą, z pękiem ziela różnego w ręku, wtoczyła się Czyżycha i do łóżka słabéj przyszła.
— Dobry deń matko Hrypino, rzekła, syna rodzicie, pociechę na stare lata — Da Bóg będą chrzciny, ta i miód! Niefrasujcie się, nic wam nie będzie. Ciężko to rodzić