Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chylać. Szli słudzy z obu stron po złych przeprawach podtrzymując go, aby wstrząśnienia nie czuł. Lecz o ranach swoich i o cierpieniu zapomniał Florjan, tak pilno mu było swoich zobaczyć, Domnę uścisnąć.
Dobili się tak do granicy, gdzie krzyż stał, a koło niego ludzi kupa... Włodarz z częścią gromady z Lasek i Woźników, podbiegł pierwszy do pana.
Stary sługa po nogach go całował, a gromada wołała radośnie i ciągnęli z nią daléj. Czuł się już między swojemi.
— Miły Boże! — mówił w duchu — leżąc na pobojowisku, gdym sądził, że mi już ostatnia nadeszła godzina, czym się ja spodział, że téj chwili dożyję?
Gdy przeciągali naprzeciw zameczku Bąka, drżącą ręką Florjan nieco skórę odgarnął i spojrzał na Wilczą górę. Stała, jakby na niéj żywéj duszy nie było — choć skrycie wiele oczów ciekawych patrzało z niéj na ten orszak, posuwający się dołem ku Surdędze.
— Hej! hej! — mruczał Nikosz z za płota — prowadzą go, jak z pogrzebem idąc. Któż wie? Może mu życia nie wiele zostało, a z nim, gdy zdechnie, i obietnica królewska pójdzie do dołu.
Stanął wóz nagle, choć do zamku jeszcze kawał drogi było — przed Florjanem ukazała się