Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Herman co nie przebaczał nikomu — wiedział, że mu nie przebaczą...
Zebraną garść prowadził ku opasującemu obozowisko łańcuchowi.
Teodoryk objeżdżał do koła namioty i ludzi rozpierzchłych słał tam, gdzie mu się pierwszy napad grozić zdawał...
Domyślał się Łoktka z jednej strony, od któréj naprzód turkot i surmy słyszeć się dały — objeżdżając w koło, przerażony został, widząc w innych częściach obozu przemykające z różnych stron polskie czaty...
Tu i tam surmy grały wyzywając...
Polacy więc bez mała otaczali do koła...
Wśród tego zamięszania które panowało pomiędzy niemcami, nikt ani pomyślał o polskich posiłkach wojewody... Gdyby niemcy byli spojrzeli na tych sprzymierzeńców swoich, mogli by byli już teraz domyślać się w nich, jeśli nie zdrady, to umyślnej opieszałości...
Gdy tuż obok biegał żołdak niemiecki rozgorzały i nieprzytomny — wadząc się o broń i konie, aby co prędzéj stać w gotowości do obrony; w polskim obozie milczenie i spokój panował...
Nie przestraszył się tu nikt. Zwolna wysuwały się już w pełnych zbrojach postacie blade, włócznie w ziemi utkwione powoli ściągając, konie opatrując i nie spiesząc do wystąpienia... Tu