Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bo mi ludzi przyprowadzić musisz i godziny do stracenia nie ma.
Dobek już na wychodnem się wstrzymał. Spojrzał stryjowi w oczy, mówiąc wejrzeniem to, czego już nieśmiał powtórzyć słowy.
Zrozumiał wzrok Wincz i odwrócił się z uporem.
— Spij spokojnie — rzekł ściskając go za rękę. Żadna siła w świecie nie może mnie od tego odwieść com raz postanowił.
Dobek wyszedł.
Zaledwie się oddalił do izby w której mu posłanie ludzie jego przygotowali, gdy wojewoda Włostka do siebie zawołać kazał.
Zbliżył się do niego znowu rozgorączkowany i niecierpliwy.
— Ślij mi po ludzi, rzekł — spieszyć... Już mnie posłami gnają aż tu. Niech pułki wszystkie i co naszego rycerstwa jest, do mnie przybywa. Im więcej nas będzie tem lepiej. Zbierać a wici słać naglące, pod gardłem, pod sromotą, do ostatniego człeka.. potrzebuję ludzi wielu.
Mówił tak przerywanym głosem, a Włostek, proste niby człeczysko tak mu w oczy patrzał, jakby jego myśl odgadywał.
Było to spojrzenie starego sługi, albo zwierzęcia wiernego co się z człowiekiem zżywszy, czyta mu w oczach i niewypowiedziane wyrywa z głębi duszy.