Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szary się przeżegnał pobożnie.
— Szatańska chyba moc, a mnichy jej duszę zaprzedawszy, kupili, rzekł. U nas o tem nie słychać dzięki Bogu.
— U nas nie słychać — odezwał się ironicznie wojewoda — to prawda, a oni trzy lata temu już ten ogień robić się nauczyli. Przyjdzie im oblegać twierdzę, rzucą tylko ogniste pociski i żeby najlepiej była obwarowana to ją zżegą.
— Ale na ludzi w boju przecie nie będą szatańską mocą ciskali? przerwał ziemianin.
— Dla czego? rzekł wojewoda — albo oni nas za ludzi mają i pożałują, u nich co nie niemiec to nie człowiek... Srogie bestyje! Szary westchnął, lecz miód popił i dodał tylko.
— Jak skoro moc szatańską mają, a nią się posługują, pan Bóg ich sam pobije jak Lucypera i zastępy jego.
Wojewoda z prostoduszności ziemianina uśmiechnął się nieco.
— Mnie się widzi — dorzucił, że nie z szatana oni to mają, kiedy krzyże na płaszczach noszą.
— Na płaszczach, rozśmiał się Dobek — ale nie w sercach.
Florjan Szary spojrzał ku niemu i uśmiechnął mu się.
Wojewoda tymczasem prawił dalej.
— Nie będzie nam z niemi łatwo wojować,