Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ojczysko stare rady sobie nie da z sąsiadem, a mam pod bokiem takiego... z piekła rodem...
Westchnął — rozśmiał się téj szczerości wojewoda.
— Ten ci też musi na wojnę! — dodał.
— Nie, nie pójdzie, pośle kogo za siebie, bo będzie teraz właśnie z ojcem moim i czeladzią wojował — mówił Szary — od czasu jak tam siadł, dnia jednego pokoju od niego nie mieliśmy.
Westchnął znowu.
— Dlatego człowiek coby wojnie dla króla był rad, nie może się nią cieszyć, bo mu swoja własna dolega...
Wincz patrzał uważnie na mówiącego, a że w głosie jego żal i smutek się przebijał — nie wyciągał go już więcéj na słowo.
— Nalejcie sobie miodu — rzekł pół głosem.
Nie wymawiając się podróżny, poszedł do dzbanka, nachylił go, kubek napełnił i z nim powrócił na ławę.
— Wojna będzie sroga — począł Wojewoda trochę pomyślawszy. — Królewskiemu wojsku nic zarzucić nie można, dobre ono jest... ale Niemcy w stal pookowywani, każdy z nich gdyby twierdza, choć do niego się nasi dostaną, nie wiedzieć zkąd go począć... od stóp do głowy żelazo... konie téż zbrojne...
— Prawda to — rzekł Szary, ale za to gdy który z konia padnie, albo na ziemię się obali,