Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A jakież tam drogi? — rzekł zimno.
— Różne... — rzekł z równym spokojem poseł. — Deszcze już ulewne przechodziły gdzieniegdzie, to wody jesienne poprzybierały...
— Rozkisło u was bardzo? — mówił Wincz.
— A no! u mnie nad Pilicą wody dość — rzekł gość — indziéj drogi niezgorsze...
— Cóż? zbieracie się już? Wici były? pytał stary.
— Co żyło to się pozbiegało pod chorągwie — mówił ziemianin. — Niemabo rady, król chce raz skończyć z Niemcami.
Wojewoda się uśmiechnął.
— Z Krzyżakami! — poprawił — a no! dobrzeby było raz ich precz zegnać i Pomorze odzyskać, ale bodajby nie było trudno...
— Przy Bożéj pomocy — zamruczał z wielkim spokojem poseł.
— Z czémże was do mnie wyprawiono? — odezwał się nareszcie Wincz.
— Waszéj miłości też do tego tańca proszą niezwłocznie — odezwał się wysłany, Król Pan nasz nakazuje aby co żyje na granicy postawić, bo Krzyżaków tylko co nie widać.
Wojewoda obojętnie uśmiechał się.
— Będzie ich słychać wprzódy niż widać — rzekł. — Głośno idą te Niemcy, ho! ho!
Poseł nie zdawał się tém bynajmniéj strwo-